To moje drugie podejście do przygody z blogowaniem. Marcinkiewicz może, Ania Mucha może, nawet Gosiewski może, to dlaczego nie ja? Podobnie jak pierwsza dwójka wymienionych przeze mnie bloggerów i ja znalazłam się na obczyźnie, ale to że oni to tak naprawdę wcale nie jest interesujące. Ważna jestem teraz JA, wielkaJA, bo chyba na pierwszej osobie pojedynczej liczby w pamiętnikach się autorzy koncentrują i przy tym pozostanę. Wreszcie będę mogła się wyżalić, wywalić z siebie to, co u innych mogłoby wywołać co najwyżej nieczęste ziewnięcia. A blog jako pamiętnikowy reality show, zwłaszcza, że każdy wie, kto jego autorem jest - JA - bezpieczniejszy jest dla tak nieśmiałej jak ja osóbki niż "Zamiana żon" więc wybrałam tę formę ekshibicjonizmu właśnie. No ale niechajże zacznę opowiadać, o czym planowałam. Mianowicie o moim wyjeździe tuż za zachodnią granicę Polski - do Berlina. Na Erasmusa. Na pół roku. Semestr zimowy. Amerykanistyka. Wolny Uniwersytet. Zadupie Berlina, ale jakie przytulne, jakie zielone, takie swojskie.
Pozostawiłam w Ojczyźnie nienapisaną pracę mgr nr 1 i mojego menszczyzne. Same minusy pierwszego, również plusy drugiego.
Miesiąc przed wyjazdem zamiast pisać pracę szukałam mieszkania w Berlinie, pokoju znaczy się. Zmarnowałam ten czas, bo głupia ja uparłam się, że nie chcę mieszkać w akademiku, bo tam podobno dużo ziomali, a ja chciałam podszkolić niemiecki. no i mieszkam teraz jedynie godzinkę od uniwersytetu. Ale za to w świetnej okolicy - dzielnica Friedrichshein, z mnóstwem fajnych knajpek, pizzą za 3 euroalbomniej... niestety piwko w podobnej cenie - do pizzy:) No i z mnóstwem młodzieży, zwłaszcza alternatywnej.
Mam też cudowny żółtopomarańczowy pokoik ze zdjęciami Audrey Hepburn, rosyjskimi plakatami promującymi pracowity tryb życia oraz fotkami skrzynek pocztowych z różnych państw. mam też fajną żółtą lampę w kształcie cukiereczka. I słodzenia ciąg dalszy - mam bardzo fajną współlokatorkę Ninę, sehr sympatisch, choć uważa że w ZSRR najgorszą formą "obozów" były gułagi i ludzie pomierali co najwyżej z wycieńczenia. ale może się nie dogadałyśmy. Dziś poznałam jej mężczyznę, który ponoć ma w genach zapisaną kiepską pamięć do imion - ale jak na razie ja zapomniałam jego. I on jest również bardzo milusi. Jeszcze w czwartek poznam moją drugą współlokatorkę - Kerstin. Dobra, idę już spać, bo czuję się fatalnie jako przewrażliwiona meteoropatka.
poniedziałek, 1 października 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz